Dajmy sobie spokój. Nic się nie da zrobić. Machnijmy ręką na wszelkie reformy, niech wszystko zostanie tak jak jest. Niech sobie trwa powstała po 1989 roku hybryda instytucji realnego socjalizmu i rynkowego porządku, absurdów i niemożności. Po co coś zmieniać, trochę cierpliwości i wszystko samo się zawali.

Do takich niewesołych myśli skłoniły mnie gorące protesty środowiska lekarskiego przeciwko projektowi ustawy o ratownictwie medycznym. Sprzeciw wzbudził zapis, nieprzewidujący obecności w karetce wypadkowej lekarza. Rozumiem motywy protestu, ale jednocześnie budzą one moją zgrozę. Lekarze zarabiają dziś mało, tak jak mało zarabiali w PRL, więc dyżury w pogotowiu, tak jak w PRL, pozwalają im dorobić do marnych pensji. Zgoda. Ale w ten sposób ratownictwo medyczne nie jest instytucją ratowania ludzkiego życia, tylko instytucją poprawy warunków życiowych lekarzy.Zamiast dowieźć ofiarę wypadku żywą do lekarza, lekarz powinien być dalej dowożony do ofiary w celu wystawienia świadectwa zgonu, bo trochę na tym zarobi. No to jeśli tak ma zostać w interesie lekarzy, to dlaczego w karetce ma być tylko jeden lekarz, na przykład otolaryngolog, kiedy ofiara może mieć złamane nogi. W karetce jadącej do wypadku powinien być anestezjolog (reanimacja), chirurg twardy (złamania), chirurg miękki (inne urazy), neurolog (czaszka), okulista (zez powypadkowy), ortodonta (szczęki) i ginekolog, bo ofiarą może być kobieta. Do tego naturalnie psycholog, w celu udzielenia wsparcia w szoku, którego w ramach umowy z Kościołem można zastąpić księdzem z ostatnią pociechą. Jasne, że w tej sytuacji w karetce będzie za ciasno. Musimy mieć autobus ratownictwa medycznego, który będzie polskim wkładem w postęp medycyny ratunkowej.

To tylko lekarze. A ileż mamy takich środowisk, grup przemożnego interesu, koterii, które zablokują każdą próbę rozsądnej modernizacji służb publicznych, z których żyją i na których pasożytują. Dlatego nie warto się szarpać. Niech się wali. My w tym czasie będziemy się kłócić o politykę.