To są dwie całkowicie różne sprawy. Nie łączy ich nawet to, że dotykają osobistości i osób Kościoła. A jednak wyrok skazujący Jerzego Urbana za znieważenie zmarłego Ojca Świętego i akcja samorządowców Zakopanego przeciwko „Tygodnikowi Podhalańskiemu” za informacje o współpracy z SB księdza z Krzeptówek mają wspólne jądro. Dotyczą sprawy, która obchodzi mnie najbardziej – wolności słowa. To znaczy wolności jedynego narzędzia, którym posługuję się zawodowo.

Jerzy Urban, tak przynajmniej wynika z relacji, został skazany za ośmieszanie wydarzeń i instytucji kościelnych oraz drwiny z głowy Państwa Watykańskiego. Z mego punktu widzenia ośmieszanie i drwiny są jak najbardziej uprawnionymi sposobami oceny wydarzeń i osób zarówno kościelnych, jak i świeckich. Ale to przecież tylko wykręty prawne. Urban w rzeczywistości skazany został za plugawy język, brak kindersztuby i niedostateczną wrażliwość na wielkość i chorobę Jana Pawła II. To nie są jednak przestępstwa kodeksowe. Sąd powinien skazać też tysiące czytelników „Nie”. Głównych sprawców jego wykolejenia.

Społeczeństwo Zakopanego zaczęło właśnie wychowywać Jerzego Jureckiego i jego tygodnik, który z użyciem eleganckich i kulturalnych środków ekspresji ujawnił, że jeden z najpopularniejszychduchownych Podhala być może donosił. Wezwano do bojkotu pisma, tysiące ulotek trafiły do górali. Sąd w Nowym Sączu zakazał dalszych publikacji na temat przeszłości księdza. Tę przeszłość może wyjaśnić do końca tylko IPN. Ale mamy orzeczenie sądowe wyjmujące z obszaru swobody relacji i oceny, a nawet namysłu kolejną osobę i sprawę. Gdzie się to skończy? Będziemy mieli życie publiczne i publiczny dyskurs ograniczone sądownie, publicystów ugrzecznionych i ulizanych wyrokami albo lękiem przed ostracyzmem ulicy i ekonomicznym bojkotem.

Rzygam na to, co napisał Urban. Nie wiem, czy relacje „Tygodnika Podhalańskiego” są sprawiedliwe. Możliwe, że i Urban, i Jurecki nie potrafią korzystać z wolności. Ale to nie może być argumentem przeciw niej samej. Takich argumentów w ogóle nie ma.