Jednym z najpiękniejszych wynalazków intelektualnych w demokracji są apele o zaniechanie albo o podjęcie. W satrapii i zamordyzmie apele mają jeszcze jakiś zdrowy sens. Odwołują się do resztek przyzwoitości i ludzkich uczuć dyktatora z nadzieją, że się zawstydzi, złagodnieje, karę rozrywania końmi zastąpi łamaniem kołem, a stos – humanitarną szubienicą. Ale w demokracji przedstawicielskiej i państwie prawa apele ich autorzy kierują w praktyce sami do siebie. Intelektualiści, z trudem i po wielu latach wolności, zrezygnowali jakośostatnio z apelowania w listach otwartych do polityków, których sami wybierali, o zmianę polityki, na którą oddali głosy sami albo ich rodziny – na taką, którą realizowaliby z pewnością, gdyby nie byli intelektualistami, tylko politykami. I gdyby zostali wybrani.

Teraz apelacyjną rolę intelektualistów przejęli sami politycy, indywidualnie i grupowo. Co chwila z któregoś zakamarka sceny politycznej dobiega apel o zaprzestanie sporów i podjęcie konstruktywnej dyskusji. O położenie kresu inwektywom i wszczęcie kroków w kierunku poprawy. O spokój, rozsądek i odpowiedzialność, czyli o wszystkie te cnoty, których Polacy mają pod dostatkiem, a których deficyt najwyraźniej widać właśnie w gronie apelantów. Wystarczy posłuchać któregoś z niedzielnych śniadań radiowych, naładowanych emocjonalnie jak transformatorwysokiego napięcia. Tego się nie rozładuje apelami, zwłaszcza gdy apele są tak naprawdę elementem agresji. Zadziwiające, ale najrozsądniejszy, najbardziej umiarkowany i pełny poczucia odpowiedzialności wydał mi się wczoraj Waldemar Pawlak, lider partii, która nie ma szans na reelekcję. Pawlak nie wydaje apeli, Pawlak zachowuje się tak, jak postulują apelujący. Pewnie dlatego nikt go nie słucha.

Panie i panowie politycy, przestańcie apelować do siebie nawzajem, bo to jest apel do ślepej kiszki. Kompletnie nieskuteczny. Przestańcie też apelować do naszych uczuć i do naszej naiwności, bo po tych lekcjach, jakie dostajemy, robimy się coraz bardziej szczwani i w końcu zauważymy, że te wszystkie apele tylko pokrywają śmieszność. A ośmieszonym politykom nic już nie pomoże. Ani apel, ani apelacja.