„Czy normalnie zdrowy ptak może z rybą? Ależ tak”.

Parę dni temu nawiedziła mnie jedna pani z telewizji, aby zadać fundamentalne pytanie w związku z karą za nieobyczajność, nałożoną na Radio Tok FM: czy ta cenzura obyczajowa nie przypomina mi PRL? No więc nie przypomina. Owszem, realny socjalizm, jak każdy system drobnomieszczański, był bardzo pruderyjny. Nie to jednak było jego największą zbrodnią. Cenzurowanie prawdy było znacznie bardziej dotkliwe niż cenzurowanie rozporka. Natomiast to, co mamy teraz, najbardziej mi się kojarzy z II Rzecząpospolitą, gdzie podobne dylematy znalazły odzwierciedlenie nawet w poezji. I to wybitnej.

W roku 1930 Tadeusz Boy-Żeleński wydrukował w felietonie na łamach „Wiadomości Literackich” słowo dupa. Cenzura prewencyjna i sanacyjna puściła. Rozpętała się jednak burza społeczna. Racje stron opisują dwa wiersze z tego czasu.

Najpierw Janusz Minkiewicz:
„Że być można masochistą
Lub – bezkarnie – pederastą,
Że żyć można z tamtą i z tą,
Potem znowu raz z tą, raz z tą…
Że rym straszny: – do biskupa! –
Śmią drukować wprost, w całości,
Że wśród tego bezwstydu pa-
Noszą się tak „Wiadomości”… …Boya wina, Boya wina,
Boya bardzo wielka wina!”.

Teraz Jerzy Paczkowski:
„Trzy wieki naród wzdychał,
W parafii kisnął trupiej,
I rosła gędźba cicha:
„Cała nadzieja w dupie!”
I nagle: Grom! Heureka!
Król Duch! 44!
Oto się kraj doczekał;
Cztery jak wół litery”.

Niczego nie wymyśliliśmy teraz, bo wszystko już było, nawet Szczuka, która się wtedy nazywała Krzywicka. Światopełk Karpiński, z którego wiersza zaczerpnąłem początek felietonu, pisał:
„Były sobie świnki trzy, co pisały wciąż o płci (…)
Jeśli chodzi już o seks, to na mózgu mamy kleks”.

A Julian Tuwim, który nie był wszak Sodalis Marianus, pisząc o zdjęciach ówczesnych gwiazd, napominał:
„Czego się migdalisz, chłopie,
Że dziwka kawę żłopie?
Że w wannie niby? To o to,
Tak się wygłupiasz, idioto?
Sam lepiej idź do łaźni,
I już się więcej nie błaźnij”.

Jak z tego widać, nie ma u nas walki postępu z zacofaniem. Jest samo zacofanie.