Kilka osób wyraziło po moim wczorajszym felietonie o klubie Le Madame zdziwienie, że wziąłem ten lokal i jego bywalców w obronę. Ich zdaniem, przy moich poglądach, wyrażanych uprzednio nie tylko o tak zwanej kulturze gejowskiej, ale i o wtórnym, epigońskim charakterze oraz wątpliwej wartości artystycznej rozmaitych performances, powinienem się cieszyć, że władze miasta chcą klub zlikwidować.

Mój pogląd na sposób życia i rodzaj sztuki uprawiane w Le Madame się nie zmienił. Ale nie zmieniło się także odrzucanie regulowania wszystkich przejawów życia za pomocą zakazów i nakazów urzędowych.

Ostatnio czytelnicy mają kłopot ze mną, a ja z nimi, bo jestem zasypywany e-mailami wyrażającymi zdziwienie tym, co piszę.Podobno za Millera byłem jasno i wyraźnie antyrządowy i był to okres błogosławiony. Potem, mówiąc wykwintnym językiem niezależnych publicystów „Polityki”, stałem się dziennikarzem reżimowym. Podejrzewano mnie nawet, iż chcę wejść do rządu albo zostać naczelnym „Rzeczpospolitej”, co mi nigdy nie przyszło do głowy, między innymi dlatego, że się na takie stanowisko nie nadaję. Cała różnica między mną a wieloma innymi polega na tym, że ja mam tego świadomość. Od czasu do czasu jednak odchylam się od linii zwolennika PiS i przechodzę na pozycje antyreżimowe. Czyli coś kręcę i kombinuję.

Nie użalam się tutaj, jest to tylko ilustracja dość smutnego zjawiska, które dotyka większości Polaków. Bezwładności myślenia w polityce. Albo akceptowania bezkrytycznie wszystkiego, albo odrzucania en bloc. Bez zastanowienia. Niesamodzielnie. Albo rząd, partia, program są doskonałe, albo parszywe. Trzeba albo wszystko popierać, albo wszystko odrzucać. W życiu tak dobrze i tak łatwo nie ma. Trzeba wpierw pomyśleć.