To już mój kolejny ostatni felieton. W „Rzeczpospolitej”, ale nie w życiu. Bo życie istnieje także poza tą gazetą. Zresztą, brzmi to bardzo ostatecznie, ale życie jest wielce skomplikowane, już kilka razy pisałem ostatnie teksty do „Rzepy”.

Mówiąc w tym temacie językiem polityków, na obecnym etapie i w danych warunkach na dzień dzisiejszy jest ostatni. Co do przyczyn rozstania, są dosyć proste i wynikają bezpośrednio z ustroju, w jakim żyjemy, a przede wszystkim pracujemy. Z liberalnej gospodarki rynkowej, w której felieton jest takim samym towarem jak wszystko inne i ma swoją, dyktowaną przez prawo popytu i podaży, cenę. Są felietony tańsze i droższe. Jak buty. W przypadku moich okazało się, że popyt przewyższa podaż, to znaczy, że jako producent towaru deficytowego mogę dyktować cenę. „Rzeczpospolita”nie mogła czy nie chciała jej płacić. Rzuciłem się więc na rynek. I tyle.

Dziękuję wszystkim moim Czytelnikom za okazywaną mi życzliwość, ciepłe słowa i obfitą korespondencję. Dziękuję także tym, którzy nie szczędzili mi, czasem zjadliwej, krytyki. Chronili mnie skutecznie od popadnięcia w samozachwyt i zatracenia miary. Równocześnie przepraszam wszystkich, którym nie odpowiedziałem na listy i e-maile. Przy obfitości korespondencji nie byłem w stanie. Ale czytałem wszystko bardzo uważnie.

Dziękuję także wszystkim Koleżankom i Kolegom z „Rzeczpospolitej” za pomoc, współpracę i okazywaną przyjaźń. Jesteście fajni, zostańcie sobą. Kierownictwu „Rzepy” dziękuję za cierpliwość i łagodne tolerowanie moich przywar i zamiłowań.

Byłem i pisałem. Będę, tak długo, jak Bóg pozwoli, i będę pisał. Tyle tylko, że gdzie indziej. A jeśli ten tekst wypadł kabotyńsko, to też przepraszam. Sentymenty nie są dobrym doradcą przy pisaniu felietonów. Lepszy byłby cynizm, ale jakoś mnie w tym felietonie na niego nie stać.