Jan Paweł II znów przyszedł, w pierwszą rocznicę śmierci, z pomocą udręczonym Polakom. Wszystkie media, z elektronicznymi na czele, na trzy dni uwolniły nas od koszmaru polityki bieżącej. Politycy zamiast tradycyjnie obrzucać się błotem, oczerniać i opluwać, oddali się refleksjom duchowym i moralnym. Szczególnie aktywni w interpretacji etycznej spuścizny polskiego Papieża byli ci, którzy na co dzień w żaden sposób nie stosują się do Jego nauk. W tej atmosferze, jak się teraz mówi – wiciszenia, ja także oddałem się rozmyślaniom.

Otóż antropologowie twierdzą, że w społeczeństwach prymitywnych, przedpiśmiennych przesądne wierzenia stanowią integralną część światopoglądu. Prawie każdy wierzy w prawie wszystko. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie jesteśmy społeczeństwem prymitywnym, bo u nas prawie nikt w nic nie wierzy. Obawawiam się, że to pozory.

Owszem, z całą pewnością nie jesteśmy już społeczeństwem przedpiśmiennym. Przeciwnie – jesteśmy piśmienni, choć z błędami. To jednak wcale nie powoduje u nas umniejszenia wiary w zabobony, gusła i przesądy. Jako piśmienni, czyli alfabeci, mamy nieograniczony dostęp do wszelkich możliwych przesądów, funkcjonujących na rozmaitych poziomach intelektualnych. I mamy wolny wybór, w które wierzyć, a w które nie.

Ci biedni jaskiniowcy czy inni nasi przodkowie nadrzewni byli bardzo w swoich przesądnych ograniczeniach ograniczeni. Mamut wieczorową porą – dostanie ci się njwiększa kość do obgryzienia. Diplodok przebiegł ci drogę – nie wychodź z jaskini przez trzy dni, bo spotka cię nieszczęście. Do przesądów należał zakaz stawiania maczugi cieńszym końćem na ziemi, sikania do ogniska domowego, stawania pod świętym dębem w czasie burzy albo spożywania krewnych. Wszystko bardzo ogrniczone, bo ograniczone było życie. Bogowie byli terytorialni, ich władza rozciągała się od świętego pagórka do świętego gaju, a za horyzontem włądali inni bogowie, inne ponowały zwyczaje i inne wyznawano przesądy. Na przesądy składały się doświadczenia i urojenia monorodzinne, jednoplemienne, wynikające z ubogiej tradycji.

Dziś mamy powszechność wiedzy, ogólny dostęp do każdej informacji i każdej interpretacji. Mamy globalizację wiedzy o faktach i globalizację przesądu. Media zalewają nas potokiem informacji, które musimy przyjmować na wiarę. Kiedy w czasach przedpiśmiennych przychodziła wiadomość, że w sąsiedniej osadzie urodziło się cielę z dwiema głowami, każdy mógł pójśći sprawdzić to osobiście. Nawet wtedy do dwóch każdy potrafił zliczyć. Dziś agencje donoszą, że takie cielę urodziło się w Paranie, ale mało jest ludzi gotowych wyprawić się do Argentyny, żeby to zobaczyć na własne oczy. Pozostaje wiara. Albo się wierzy, że cielę się urodziło, albo nie.

To samo jest z wszystkim innym. Mariah Carey ma kochanka, wszyscy Białorusini popierają Łjkaszenkę, Kaczyńscy to faszyści, Elvis Presley żyje, w gwiazdozbiorze Alfa Centauri wybuchła Supernova, prezydentem USA jest George W. Bush, PO wygra wybory, a bezrobocie w Polsce zawinił Balcerowicz. Można w to wierzyć, można też wątpić. Mało jest jednak ludzi, sceptyków integralnych, odrzucających całą przekazywaną im wiedzę o świecie i wszystkie interpretacje tego świata. Niewielu jest też takich, którzy we wszystko wierzą. Każdy na ogół dokonuje selekcji. W jedno wierzy, a w drugie już nie. Kryteria takiego wyboru są dla mnie dość niejasne. Nie wiem, dlaczego ktoś wierzy bez większych kłopotów intelektualnych, że kiedy zwiększone zostaną podatki i wydatki państwa, łatwiej dostanie pracę, ale jednocześnie nie wątpi, że wpływy podatkowe zostaną rozkradzione. Inaczej niż tylko przesądem wytłumaczyć się tego nie da.

Cała polityka i polityczne sukcesy też są oparte na zabobonach. Prymat nauki, mędrca szkiełko i oko nie przeszkadzają racjonalistom w upartym gwałceniu wciąż na nowo praw ekonomii w złudnej nadziei zbudowania społeczeństwa materialnie sprawiedliwego, to znaczy wyzwolonego z ekonomicznych praw i zasad. Wszystkie wojny religijne razem, reformacja z kontrreformacją, oraz inkwizycją nie przyniosły tylu ofiar, co próby naukowego zbudowania społeczeństwa uwolnionego z pęt materializmu. Różnie się to odbywało, od apeli o bezinteresowną pracę dla wspólnego dobra, przez przymusy finansowe i majątkowe, aż po fizyczną likwidację bogatszych dla poprawienia samopoczucia uboższych. Zawsze z tym samym skutkiem.

A mimo to przesąd powszechny, którego głoszenie wszędzie daję większość parlamentarną i władzę, powoduje, że proroków i wyznawców takiej wiary wciąż jest pod dostatkiem.

Nie mam na to innej rady, jak tylko taka – jeśli usłyszysz znów zabobon społeczny, przeżegnaj się i spluń przez lewe ramię. Jeśli nie pomoże, to jednak zawsze jest szansa, że kogoś oplujesz. To też poprawia nastrój.