rybinski blog

Twój nowy blog

Dużo się u nas ostatnio mówi o systemie edukacji, wyrównywaniu szans, systemach stypendialnych, przeznaczeniu na szkolnictwo części majątku narodowego. Słowem, mówi się o tym, że należy uczyć dzieci i młodzież. Bardzo pięknie. Wątła natomiast, jeśli w ogóle, jest dyskusja nad tym, czego uczyć. Jeżeli o tym się już rozmawia, najczęściej w kontekście historii współczesnej. Jak ją powykręcać, poprzycinać i ponaginać, aby pasowała do potrzeb pedagogów społecznych, czyli polityków.

W zasadzie wszyscy są zgodni tylko co do tego, że młodzieży szkolnej trzeba zapewnić dostęp do Internetu, a co ona sobie w nim znajdzie, to już jej sprawa. Możemy się pocieszać, że polskie szkolnictwo ponadpodstawowe nie odbiega od europejskich standardów. W Europie, tak jak u nas, wykłada się nauki społeczne w całkowitym oderwaniu od podstawowych zasad funkcjonowania gospodarki i rynku. Parę lat temu sławny Instytut Allensbach zapytał Niemców, kto tworzy miejsca pracy. Tylko 28 proc. ankietowanych odpowiedziało, że firmy i przedsiębiorstwa. Dla 72 proc. Niemców miejsca pracy tworzy rząd, politycy, parlament. U nas rezultaty byłyby jeszcze gorsze, prawie wszyscy Polacy są bowiem, jak się wydaje, zdania, że pracę dają – lub nie – politycy.

Ta ankieta przypomniała mi się przy okazji sejmowej dyskusji albo, jak kto woli, awantury o banki. Wypowiadają się na ten temat ze swadą, a nawet gotowi są dłubać przy niezależności NBP i renacjonalizacji banków ludzie, którzy nie mają pojęcia, że nawet na zakup łopaty do wybijania sobie głupstw z głowy trzeba mieć kapitał.

Nasi reprezentanci w Sejmie są nie tylko ekonomicznymi analfabetami. Są także zaściankowi i nie znają świata, o którym perorują. Co gorsza, jest wśród nich wielu amatorów, którym wydaje się tylko, że są politykami. Razem jest to mieszanka, która może rozsadzić nie tylko banki, ale całą gospodarkę.

Stanowczo w Sejmie potrzebne są wieczorowe kursy ekonomii dla posłów. Przymusowe! Inaczej nadal na pytanie, czym zajmują się banki, będziemy słyszeć odpowiedź, że rabunkiem i wywożeniem łupów za granicę.

I znowu okazałem się naiwny. Wydawało mi się, że w całej tej rozróbie z Balcerowiczem, Trybunałem Stanu, komisją śledczą w sprawie wyśledzenia, skąd w bankach biorą się pieniądze, chodzi o zamach na system bankowy, próbę pozbawienia NBP niezależności i pozbycie się prezesa. Okazało się, że wcale nie. To są głupstwa bez większego znaczenia. Preteksty. Jak poinformowali mnie Donald Tusk i Hanna Gronkiewicz-Waltz, tak naprawdę chodzi o walkę z Platformą Obywatelską i zemstę na pani Gronkiewicz za to, że ośmieliła się w wyborach zebrać więcej głosów niż Kaczyński.

Mamy świat sprowadzony do właściwych proporcji – wszystko obraca się wokół PO, jest wymierzone w PO i ma za cel poniżenie PO. Kto wie, czy nie okaże się, że ptasia grypa została specjalnie sprowadzona w celu zainfekowania Pawła Śpiewaka. Ciekaw jestem swoją drogą, jakich słów użyliby liderzy PO, gdyby w Sejmie miała powstać komisja śledcza do spraw budowy tuneli i mostów w Warszawie. Poruszony do głębi rozmiarami spisku przeciwko Platformie przejrzałem wczorajsze gazety pod tym właśnie kątem – które z wydarzeń dadzą się zinterpretować jako przejaw wrogości wobec PO. Adam Małysz wygrał w Holmenkollen. Oczywiście jest to zwycięstwo przeciwko Platformie, która nie uczestniczy we władzy i jest w opozycji także do kierownictwa polskiego sportu. Gdyby Małysz przegrał, można by było powiedzieć, że czeka ze zwycięstwem na objęcie rządów przez PO. Związkowcy w Lublinie skończyli głodować? To samo. Wymierzone w Platformę. Powinni głodować aż do skutku, to znaczy do upadku rządu Marcinkiewicza. To, że Jerzy dostanie kosza od Marty w serialu „Złotopolscy”, a w serialu „M jak Miłość” Ola pokocha Jacka, jest w sposób tak jaskrawy wymierzone w pozycję polityczną Platformy, że nikomu tego tłumaczyć nie potrzeba.

Jeśli ktoś miał złudzenia, że PO będzie bronić sektora bankowego, niezależności NBP, a może i prezesa Balcerowicza, to się ich pozbył. Są dziś w Polsce ważniejsze sprawy. Jest dziś w Polsce Platforma Obywatelska, która jest sama dla siebie miarą wszechrzeczy. Możemy liczyć na sprzeciw, nie możemy na skuteczność.

Dotarła do mnie elektronicznie „Informacja dla mediów i PAP” o tym, że dwa krakowskie stowarzyszenia – Młode Centrum i Inicjatywa 33 – organizują 15 marca, w rocznicę proklamowania III Rzeszy, marsz pod Grób Nieznanego Żołnierza w Krakowie w obronie wolności mediów.

Muszę przyznać, że organizowanie w Polsce, w rocznicę utworzenia przez Hitlera totalitarnego, rasistowskiego, antysemickiego i antypolskiego reżimu, demonstracji, stawiającej znak równości między III Rzeszą i III Rzecząpospolitą, między PiS i NSDAP oraz między braćmi Kaczyńskimi i Reichsführerem, jest wyrazem jakiejś wyjątkowej, nawet jak na poziom obecnej debaty politycznej, aberracji umysłowej. A także kompletnego braku wrażliwości historycznej.

Gdyby to jeszcze byli jacyś smarkacze, którzy chorowali na koklusz i nie mogli uczestniczyć w lekcjach historii najnowszej. Ale główny organizator i koordynator tej akcji, pan Jan Hoffman, jakmnie zapewniono w Krakowie, jest człowiekiem całkiem dojrzałym i nawet zdążył być w swojej karierze usunięty z Unii Wolności. Nie wiem, za co, ale mogę się domyślać.

Polska dzisiejsza w ocenie Hoffmana: „Jestem przekonany, że w obecnych czasach, gdy nie ma wolnych mediów, to demokracja staje się mitem”. Kraj, w którym mogą ukazywać się „Nasz Dziennik” Rydzyka, „Nie” Urbana, „Głos” Macierewicza i „Trybuna”, jest krajem, w którym są wolne media. Kraj, w którym grupa kretynów może legalnie i pod ochroną policji demonstrować przeciwko własnemu państwu w rocznicę hitlerowskiej Rzeszy, jest krajem demokratycznym nawet dla upośledzonych umysłowo. Jak tak dalej pójdzie, to w Krakowie, w obronie homoseksualistów, zorganizowana zostanie manifestacja 1 lipca, w rocznicę nocy długich noży – zamordowania Ernsta Röhma i gejowskiego przywództwa Sturmabteilung SA.

Krakowska inicjatywa powinna też być przestrogą dla poważnych polityków, przekraczających w ferworze dyskusji granice przyzwoitości. Więcej rozwagi i argumentów, mniej histerii, odwoływania się do PRL i straszenia faszyzmem, bo jednostki słabsze umysłowo mogą nie zrozumieć retoryki i brać to na serio.

Ostatnio co chwila słyszę, że wraca PRL. Mówią to ludzie z różnych opcji i kątów politycznych, tak różni jak Leszek Balcerowicz i Ryszard Kalisz. Piszą publicyści „Polityki”. Znowu mowa jest o reżimie.

Wolność wydaje się przeciętnemu odbiorcy telewizji tłamszona bardziej niż na Białorusi. Za chwilę ktoś przypomni sobie Helsinki, trzeci koszyk i prawa człowieka. Znowu trzeba będzie walczyć z reżimem i wydawać podziemną bibułę.

Tymczasem organ PRL, „Trybuna”, wcale się nie cieszy, że ona – PRL – wraca. Przeciwnie, „Trybuna” uważa, że PRL oddala się coraz bardziej. Przeczytałem ostatnio w tej gazecie utyskiwania, że premier pojechał do Torunia oglądać padłe na ptasią grypę łabędzie, zamiast pójść do jakiegoś śmietnika i obejrzeć zamarzniętego bezdomnego. Przy okazji „Trybuna” obwieściła, że 27 milionów Polaków żyje w nędzy. Mam pocieszenie dla kolegów – jak PRL wróci naprawdę, to i te pozostałe 10 milionów popadnie w nędzę. Tylko nie budujcie na miłość boską spalarni śmieci, bo gdzie się Polacy pożywią i co będzie wizytował premier z SLD.

Niewiele lat temu życie umysłowe koncentrowało się na problemie, czy Polacy nadają się do Europy. Przeważało zdanie, że przeszczepu z parafiańskiego, zacofanego i ksenofobicznego Polaka Europa nie wytrzyma. Mimo ostrzeżeń autorytetów moralnych jednak nas wpuszczono. Nie ma już dyskusji, czy się nadajemy. Teraz najświatlejsi zamartwiają się, jak Europa nas, już Europejczyków, ocenia. Najważniejsze dziś słowo to postrzeganie. Jak nas postrzegają. Polaku, weź się w garść, Europa na ciebie patrzy i postrzega.

I tak sobie żyjemy z dnia na dzień, z roku na rok. Obijamy się od reżimu do PRL i od przystawania do postrzegania europejskiego i z powrotem. Wszystko to zostawia ślady, głębokie bruzdy w głowie, aż człowiek zaczyna marzyć o znalezieniu jakiegoś zacisznego, dobrze zaopatrzonego śmietnika w pobliżu luksusowej restauracji, zaszycia się tam i przeczekania. Aby tylko nie wyrzucali gazet.

To są dwie całkowicie różne sprawy. Nie łączy ich nawet to, że dotykają osobistości i osób Kościoła. A jednak wyrok skazujący Jerzego Urbana za znieważenie zmarłego Ojca Świętego i akcja samorządowców Zakopanego przeciwko „Tygodnikowi Podhalańskiemu” za informacje o współpracy z SB księdza z Krzeptówek mają wspólne jądro. Dotyczą sprawy, która obchodzi mnie najbardziej – wolności słowa. To znaczy wolności jedynego narzędzia, którym posługuję się zawodowo.

Jerzy Urban, tak przynajmniej wynika z relacji, został skazany za ośmieszanie wydarzeń i instytucji kościelnych oraz drwiny z głowy Państwa Watykańskiego. Z mego punktu widzenia ośmieszanie i drwiny są jak najbardziej uprawnionymi sposobami oceny wydarzeń i osób zarówno kościelnych, jak i świeckich. Ale to przecież tylko wykręty prawne. Urban w rzeczywistości skazany został za plugawy język, brak kindersztuby i niedostateczną wrażliwość na wielkość i chorobę Jana Pawła II. To nie są jednak przestępstwa kodeksowe. Sąd powinien skazać też tysiące czytelników „Nie”. Głównych sprawców jego wykolejenia.

Społeczeństwo Zakopanego zaczęło właśnie wychowywać Jerzego Jureckiego i jego tygodnik, który z użyciem eleganckich i kulturalnych środków ekspresji ujawnił, że jeden z najpopularniejszychduchownych Podhala być może donosił. Wezwano do bojkotu pisma, tysiące ulotek trafiły do górali. Sąd w Nowym Sączu zakazał dalszych publikacji na temat przeszłości księdza. Tę przeszłość może wyjaśnić do końca tylko IPN. Ale mamy orzeczenie sądowe wyjmujące z obszaru swobody relacji i oceny, a nawet namysłu kolejną osobę i sprawę. Gdzie się to skończy? Będziemy mieli życie publiczne i publiczny dyskurs ograniczone sądownie, publicystów ugrzecznionych i ulizanych wyrokami albo lękiem przed ostracyzmem ulicy i ekonomicznym bojkotem.

Rzygam na to, co napisał Urban. Nie wiem, czy relacje „Tygodnika Podhalańskiego” są sprawiedliwe. Możliwe, że i Urban, i Jurecki nie potrafią korzystać z wolności. Ale to nie może być argumentem przeciw niej samej. Takich argumentów w ogóle nie ma.

Dajmy sobie spokój. Nic się nie da zrobić. Machnijmy ręką na wszelkie reformy, niech wszystko zostanie tak jak jest. Niech sobie trwa powstała po 1989 roku hybryda instytucji realnego socjalizmu i rynkowego porządku, absurdów i niemożności. Po co coś zmieniać, trochę cierpliwości i wszystko samo się zawali.

Do takich niewesołych myśli skłoniły mnie gorące protesty środowiska lekarskiego przeciwko projektowi ustawy o ratownictwie medycznym. Sprzeciw wzbudził zapis, nieprzewidujący obecności w karetce wypadkowej lekarza. Rozumiem motywy protestu, ale jednocześnie budzą one moją zgrozę. Lekarze zarabiają dziś mało, tak jak mało zarabiali w PRL, więc dyżury w pogotowiu, tak jak w PRL, pozwalają im dorobić do marnych pensji. Zgoda. Ale w ten sposób ratownictwo medyczne nie jest instytucją ratowania ludzkiego życia, tylko instytucją poprawy warunków życiowych lekarzy.Zamiast dowieźć ofiarę wypadku żywą do lekarza, lekarz powinien być dalej dowożony do ofiary w celu wystawienia świadectwa zgonu, bo trochę na tym zarobi. No to jeśli tak ma zostać w interesie lekarzy, to dlaczego w karetce ma być tylko jeden lekarz, na przykład otolaryngolog, kiedy ofiara może mieć złamane nogi. W karetce jadącej do wypadku powinien być anestezjolog (reanimacja), chirurg twardy (złamania), chirurg miękki (inne urazy), neurolog (czaszka), okulista (zez powypadkowy), ortodonta (szczęki) i ginekolog, bo ofiarą może być kobieta. Do tego naturalnie psycholog, w celu udzielenia wsparcia w szoku, którego w ramach umowy z Kościołem można zastąpić księdzem z ostatnią pociechą. Jasne, że w tej sytuacji w karetce będzie za ciasno. Musimy mieć autobus ratownictwa medycznego, który będzie polskim wkładem w postęp medycyny ratunkowej.

To tylko lekarze. A ileż mamy takich środowisk, grup przemożnego interesu, koterii, które zablokują każdą próbę rozsądnej modernizacji służb publicznych, z których żyją i na których pasożytują. Dlatego nie warto się szarpać. Niech się wali. My w tym czasie będziemy się kłócić o politykę.

Zastanawiam się, czytając uczone rozważania przed wizytą prezydenta w Berlinie, do czego właściwie, zdaniem autorów, służy polityka zagraniczna. Wygląda na to, i nie jest to jakieś nowe odkrycie dla uczczenia rządów braci Kaczyńskich, ale dogmat obowiązujący w III RP, że do przypodobania się wszystkim. Ponieważ kiedyś polityka zagraniczna była – trawestując formułę Clausewitza – przedłużeniem wojny innymi metodami, teraz powinna być kontynuacją kapitulacji wojennej metodą potakiwania, zgody bezwarunkowej, w najlepszym przypadku przemilczania kontrowersji. A nawet istnienia kontrowersji.

Jakiś piekielny kompleks niższości i gorszości sprawia, iż od lat grono zacnych publicystów tłumaczy nam, że powinniśmy w stosunkach z partnerami zagranicznymi zabiegać o sympatię, miłe wrażenie i poklepanie po plecach, a broń Boże nie o własne interesy, bo to jest podobno źle widziane. Przez dwa stulecia, od rozbiorów, Polacy nie akceptowali amoralnego prawa silniejszego właśnie jako słabsi, a teraz powinni je przyjąć dobrowolnie, jako partnerzy. Z lęku, co o nas napiszą w jakiejś zagranicznej gazecie, albo co powie anonimowy urzędnik z Brukseli, główny punkt odniesienia polskiej polityki. Czytając niektóre artykuły, mam nieodparte wrażenie, że autor za chwilę zaproponuje, aby Polska sfinansowała rurę pod Bałtykiem. W geście dobrej woli.

W stosunkach z Niemcami nie potrafimy się dodatkowo wyzbyć stereotypowego myślenia z przeszłości. Ciągle ktoś mówi o pojednaniu i oczekuje gestów na miarę Krzyżowej. Pojednanie już było. Teraz jest normalność. Pani Steinbach jest napędzana przez media jak potwór z Loch Ness w okresie kanikuły. Miliony Polaków wyjeżdżających do Niemiec i miliony Niemców przyjeżdżających do Polski już się pojednały. Normalność to niemieckie inwestycje w Polsce i miejsca pracy. Normalność to Polacy pracujący w Niemczech. Reszta to interesy państw i gospodarek. Na dziś – otwarcie rynku usług, bezpieczeństwo energetyczne, w perspektywie nowy traktat konstytucyjny.

Nie należy po tej wizycie oczekiwać przełomu, bo żaden przełom nie jest potrzebny. Trzeba się dogadywać. Rozmowy mogą być miłe lub nie, ale treść wszystkich rozstrzygnięć przygotowują specjaliści, w języku dyplomacji zwani szerpami. I tego nie wiem, czy idą górą, czy doliną.

Do tej pory mieliśmy, jak wszędzie na świecie, dwa główne nurty polityczne – lewicę i prawicę. Teraz oba zlały się w nasz własny, jedyny, niepowtarzalny nurt narodowy – nerwicę. Niestety, to nie politycy wpisali się w ten jednolitofrontowy nurt, tylko cała reszta. My, obywatele, którzyśmy już ani z lewicy, ani z prawicy, tylko w nerwicy.

Pakt stabilizacyjny miał służyć, jak sama nazwa wskazuje, stabilizacji. Tymczasem służy do straszenia. Samoobrona z Ligą Polskich Rodzin straszy PiS, że wyjdą z paktu i zawiążą nowy, a toz PO, a to z SLD, zresztą z kim popadnie, nie wyłączając ugrupowań pozaparlamentarnych, a nawet paranormalnych. PiS z kolei straszy LPR i Samoobronę, że sam rozwiąże pakt i albo zawiąże sobie nowy z PO, albo rozwiąże do spółki z prezydentem parlament i rozpisze nowe wybory.

Najlepsze, że wszystkie te rozwiązania przez ich autorów, a także adresatów i osoby postronne prezentowane są jako katastrofalne dla kraju. Oraz to, że ani uczestnicy paktu, ani partie zagrożone wejściem do nowego czy uczestnictwem w kolejnych wyborach wcale się nie boją. Tak sobie gadają, jak powiadał pan Zagłoba, żeby język w gębie się nie zastał. Boimy się my, obywatele, którzyśmy ani etc.

W zeszłym tygodniu była ładna sytuacja z gabinetu grozy, którawobec natłoku konkurencji przemknęła niezauważenie, a szkoda. Liga Polskich Rodzin obwieściła jednego dnia, że premier Marcinkiewicz zostanie odwołany, bo jest zbyt popularny i zagraża braciom Kaczyńskim, więc trzeba go bronić. Już się wszyscy bali, oprócz Marcinkiewicza, ale nic się nie stało, więc następnego dnia poseł Wierzejski z tejże LPR zażądał w ramach paktu stabilizacyjnego odwołania tegoż premiera za nieróbstwo. Znów się zaczęliśmy bać, że albo odwołają i będzie kryzys, albo LPR zerwie pakt z powodu braku wpływów i też będzie kryzys, a tu nic się nie stało. Wzrosło tylko zużycie nervosolu, cardiamidu i wódki żołądkowej gorzkiej.

Trochę za dużo tych nerwów stabilizacyjnych. Dlaczego to na nas spada. Weźcie to na siebie, tak jak władzę. Zdenerwujcie się sami. Inaczej się wściekniemy.

Mamy czas stadny. Epokę konieczności opowiadania się za jednym z dwóch stad żerujących po pastwiskach, jarach i wykrotach polskich, za ich baranami i pastuchami. Jak zwykle w takich sytuacjach najgorzej mają nieliczne osobniki pozbawione instynktu stadnego. Zostaną w końcu zadeptane przez jedno lub drugie stado.

W ostatniej „Polityce”, w felietonie o monitorowaniu mediów Daniel Passent napisał o mnie, nie wiem tylko dlaczego anonimowo: „Możemy wskazać tylko jednego popularnego felietonistę, który w Trzeciej RP był szalenie krytyczny i dociekliwy, a w Czwartej RP podoba mu się wszystko, z wyjątkiem opozycji i mediów”. Przede wszystkim, jest to nieprawda. W Trzeciej RP, a nawet jeszcze wcześniej, w PRL, łącznie ze stanem wojennym, podobała mi się moja żona. Bardzo podobał mi się mój pies, o ile nie napaskudził na dywan.

Przed wyborami podobali mi się Tusk z Rokitą, ale przestali. Niewykluczone, że to moja wina, ale możliwe także, że ich. W każdym razie powodem nie było to, że przegrali. W Czwartej RP sporo jest nie rzeczy jeszcze, ale planów, które mi się podobają, ale dużo również takich, których nie akceptuję. Ale to jest mój własny wybór, a nie dreptanie za stadem, kopytko w kopytko i żuchwa w żuchwę.

Nie akceptuję na przykład monitorowania dziennikarzy, więc nie będę przypominał Passentowi, co jemu się kiedyś podobało. Ponieważ jednak ta dysputa jest częścią sporu o wolność mediów, wolność dziennikarzy, a w ostatecznym rozrachunku o wolność słowa i prawa obywatelskiego, to pozwolę sobie zwrócić uwagę, że obok zagrożenia tej wolności przez władzę polityczną, istnieje drugie. Nie mniej poważne. Zagrożenie przez dominujący na rynku, obowiązujący, modny sposób myślenia, któremu trudniej się przeciwstawić niż kontroli państwa. Nie odpowiada mi ani uległość wobec władzy, ani konformizm wobec snobizmów i kabotyństw intelektualnych. Nie pozwolę się nadzorować przez monitoring rządowy ani dyscyplinować przez Passenta.

Podoba mi się to tylko, co mi się podoba. Rzeczą, która mi się nie podoba najbardziej, jest, mówiąc językiem informatyki, formatowanie myślenia. I towarzysząca mu miniaturyzacja. Ludzi i umysłów. Niedługo będzie potrzebny mikroskop.

Między prawdą urzędową a prawdą potoczną jest spora różnica.

Prawda urzędowa potrzebuje potwierdzeń, papierków z pieczątką, teczek i świadectw. Prawda potoczna potrzebuje zdrowego rozsądku i instynktu prawdy. Ale jest tak, że granica między prawdą urzędową i potoczną przebiega dokładnie tam, gdzie granica między państwem prawa i społecznym poczuciem sprawiedliwości.

Parlament włoski ogłosił na podstawie wieloletniego śledztwa, że zlecenie dokonania zamachu na Jana Pawła II wyszło z Moskwy. Jest to dokładnie to samo, co usłyszałem w dniu zamachu od pewnego Turka. Historia jest dość niezwykła. Tego 13 maja byłem z kolegą we Frankfurcie nad Menem, gdzie dorabialiśmy do PRL, pracując u ogrodnika. Wstrząśnięci informacjami o zamachu wpadliśmy na szalony pomysł: wyjdziemy na miasto i pobijemy pierwszego napotkanego Turka. Pewien problem stanowiło jednak to, że nie potrafiliśmy odróżnić Turka od nie-Turka. Poprosiliśmy o pomoc właściciela zaprzyjaźnionego lokalu, który natychmiast wskazał nam potężnego, dwumetrowego faceta. Miny nam trochę zrzedły, a Turek, widząc, że go sobie pokazujemy, podszedł spytać, o co chodzi. Restaurator powiedział mu uczciwie, że mamy go zamiar bić za papieża.

A wtedy Turek zrobił rzecz nieoczekiwaną. Zaprosił nas na kolację, postawił butelkę anyżówki i rzekł: – Wy, głupi Polacy, czego chcecie od Turka. Poszukajcie sobie Rosjanina. Czy wy nie znacie własnej historii i nie wiecie, dla kogo ten papież jest zagrożeniem? Szukajcie tego, kto miał interes. A potem opowiedział nam jeszcze interesujące rzeczy o infiltracji prawicowych Szarych Wilków przez komunistyczne służby. Cel to destabilizacja państwa tureckiego, wschodniej flanki NATO.

Ten Turek wiedział to kilka godzin po zamachu, włoski parlament potrzebował 25 lat. Ale takie są koszty ustalania prawdy urzędowej, jeśli nawet trud przynosi w rezultacie to, co wszyscy wiedzą.

Swoją drogą, może by tak przypomnieć z tej okazji nazwiska tych wszystkich dziennikarzy, którzy publikowali teksty o winie CIA i popatrzeć, co piszą teraz. Mogłoby być pouczające.


  • RSS