rybinski blog

Twój nowy blog

Zawsze wiedziałem, że mamy wiele wspólnego z Meksykanami. To nie tylko zamiłowanie do rewolucji, najlepiej zinstytucjonalizowanej, Maniana, czyli zrób jutro to, co możesz zrobić dziś, oraz Celito Lindo, piosenka, która po polsku nazywa się „Teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje”. Tam każdy caballero nosi sombrero. A u nas też kawalerka nie pęka, gdy na głowie berecik i antenka. Więc muszą być jakieś głębsze pokłady wspólnoty. No i rzeczywiście.

Pani Martha Sahagun, małżonka prezydenta Meksyku Vincenta Foksa, ogłosiła, że po zakończeniu w roku 2006 kadencji męża ma zamiar ubiegać się o prezydenturę. Zupełnie jakby była Polką. Jakby to było u nas. Całkiem jak w Polsce, przez Meksyk przewaliła się fala oburzenia i kpin. Oskarżono panią Sahagun o manipulowanie mężem. Dokładnie jak u nas, prezydent odciął się od żony i jej ambicji, mówiąc naiwnie, że o niczym nie wie. Panią Sahagun nazwano Yoko Ono prezydenta Foksa. W ten sposób po drugiej Polsce Meksyk stał się trzecią Japonią. I zupełnie jak w proroczej piosence męża Yoko Ono, Johna Lennona, który, choć ani Polak, ani Meksykanin, ani nawet polityk, też musiał nieść swój krzyż i cienko śpiewał „Power to the people”, czyli „Władza dla ludu” – lud meksykański podobnie jak lud polski uczynił swoją prezydentową bardzo popularną. A popularność rzecz dziś najważniejsza, czy to w Meksyku, czy w Polsce. Ten jest dzisiaj popularny, kto jest ładny i układny, kto się śmieje jak do sera i que sera to sera. Kto ma wzięcie, ma i zadęcie.

Dwa kontynenty, oddzielone oceanem, dwa różne klimaty, odmienna historia i tradycja, u nich piramidy Majów, u nas ruiny Ursynowa, oni pędzą z kaktusów, my ze zboża, a efekty takie same. To nie może być przypadek. To już głęboka więź duchowa. Pobratymstwo dusz. Wyborowa z tequilą pod węgorza z grzechotnikiem. Viva Polonia. Viva Mexico. Niech żyją kobiety. Vivat mujeres. Ole! -

Pogoda nastraja melancholijnie i skłania do refleksji. Mamy najzimniejsze i najbardziej mokre lato od dziesięcioleci. Jaki jest pierwszy odruch Polaka, pierwsza myśl, jaka nasuwa się każdemu z nas po wyjrzeniu przez okno? Proste, kto za to odpowiada. Odpowiedzi nasuwają się już same: rząd, parlament, politycy. Lewica albo prawica, co już zależy od indywidualnej orientacji. Za Buzka pogoda była lepsza. A co dopiero mówić w PRL. Najlepsza pogoda w historii była jednak za Gierka. Starcy uważają, że prawdziwa polska pogoda dla ludzi była przed wojną.

Dzięki temu wywodowi meteorologicznemu wiadomo, po co Polakom potrzebny jest rząd – po to mianowicie, aby było na kogo zwalić odpowiedzialność za wszystko, łącznie z pogodą. Z faktu, że nikt nie protestuje przeciw rządzącym z okazji zimnego i deszczowego lata, nie wynika, że sprawujący władzę są w oczach publiczności bez winy. Gdyby tylko warunki atmosferyczne pogorszyły się ekstremalnie – jakaś powódź, śnieżyce, huragany – natychmiast zaczęto by obwiniać rząd.

Polakom rząd potrzebny jest tylko do narzekania. Poza tym jest całkowicie zbędny. Długoletnie obserwacje tak zwanej areny politycznej doprowadziły mnie do wniosku, że braku rządu nikt by w Polsce nie zauważył. Owszem, Polska powinna mieć głównego księgowego, żeby rachował wydatki i podatki, i jakiegoś przystojnego faceta z dobrymi manierami i znajomością języków do reprezentacji za granicą. Całą resztę można zlikwidować. Jakież to byłyby oszczędności. Jaki spokój. Dziennik w telewizji trwałby dwie minuty. Nie byłoby publicystyki politycznej przeżuwającej w kółko różne flaki i wydzieliny partyjne. Nie byłoby dyskusji o tym, dokąd zmierza Polska, kto ile ukradł i komu.

Ale na to nie możemy liczyć. Jesteśmy wciągnięci w jakiś chocholi taniec, do którego polityczne fujary przygrywają nam na gęślach i fujarkach. Podrygujemy, zamiast zająć się czymś pożytecznym, na przykład zarabianiem pieniędzy. Uważamy, co gorsza, że bez rządu nie da się zarobić. Jest to oczywiście pogląd całkowicie mylny. Skoro jednak na skutek bezwładności umysłowej uważa się, że Polska musi mieć jakiś rząd, to przynajmniej dobrze byłoby zdać sobie sprawę, iż jest dokładnie obojętne, kto stanie na jego czele. Wszechświat jest podobno deterministyczny, ale Polska jest wyjątkiem w kosmosie. Polska jest politycznie indeterministyczna i czy premierem będzie Belka, Oleksy, Pawlak, Giertych, Kaczyński, czy kto tam jeszcze, niczego to nie zmieni. Każdy z nich, dorwawszy się do premierostwa, spełni dokładnie przedwyborcze groźby, zacznie zaprowadzać sprawiedliwość społeczną za pomocą podnoszenia podatków, składek, akcyz i na końcu, jeśli nawet nie zamorduje gospodarki całkowicie, to ją na pewno przydusi. I jest obojętne, czy taki premier jest profesorem ekonomii, prawnikiem, absolwentem kursów wieczorowych, czy analfabetą. Każdy zrobi to samo, bo jest głęboko przekonany, że tego oczekuje od niego lud.

A lud chce, żeby była pogoda. -

Kiedy w Roku Pańskim 1980 toczyła się w PRL dyskusja o przygotowywanej ustawie o cenzurze, chciałem opublikować na łamach tygodnika „Itd.” wybór uwag o cenzurze z artykułu Karola Marksa zamieszczonego w roku 1848 w „Gazecie Reńskiej”. Mimo że tekst pochodził z „Dzieł” Marksa wydanych w Polsce i już ocenzurowanych, cenzura te wypisy zdjęła. Najpiękniejsze zdanie Marksa brzmiało: „Prasa jest zawsze wolna dla tych, którzy nią dysponują.”

Nic się nie zmieniło ani od czasów Marksa, ani od czasów Jaruzelskiego. Dla kogo prasa jest wolna, dla tego jest wolna. Konkretnie – dla dysponentów rozmaitego rodzaju. Dla reszty już nie bardzo. Dla autorów i czytelników. W Łodzi ukazuje się od lat katolicki miesięcznik „Aspekt Polski”, wydawany przez Klub im. Świętego Wojciecha, rozprowadzany bezpłatnie w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy. Ale już się nie będzie ukazywał. Drukująca „Aspekt” spółka Prasa Łódzka, czyli po prostu łódzki oddział niemieckiej firmy Polskapresse, własności Verlagsgruppe Passau GmbH, poinformował redakcję, że nie będzie dłużej drukował pisma za pieniądze. Powód – drukarni nie podobają się artykuły publikowane w miesięczniku.

Tego nie było nawet za komuny. Nie drukowano tekstów niepodobających się w KC, w rządzie, w cenzurze, ale drukarze nie mieli nic do gadania. Nie podobało im się wiele, a jednak drukowali, bo zadaniem drukarzy jest drukować, a nie oceniać wartość tego, co drukują. Nie znaczy, że w komunizmie było lepiej, po prostu nigdzie na świecie od recenzji drukarzy nie zależała publikacja. Teraz oceniają, wstrząsają się z obrzydzeniem i odmawiają. Jutro kolporterzy odmówią sprzedawania tego, co wydrukowane, a pojutrze drukowane i rozprowadzane będzie tylko to, co spodoba się drukarzom i kolporterom.

W ten sposób prasa stanie się wolna wedle recepty Karola Marksa – dla tych, którzy będą decydować o jej wydaniu. W wypadku polskiego, katolickiego miesięcznika „Aspekt Polski” z Łodzi – dla właściciela Passauer Neue Presse, Polskapresse i Prasy Łódzkiej pana Hirtreitera z Passau, z Bawarii, Niemiec i Europy. Ta sama firma drukuje antyklerykalny tygodnik „Fakty i Mity”. I pewnie go będzie dalej drukować, bo drukarze nie protestują. W ramach wolności prasy i pluralizmu poglądów będziemy czytać jedno z tych pism, a drugiego już nie. Bo i po co? -

Jestem stary cynik i rzadko się wzruszam, ale muszę szczerze wyznać, że oświadczenie przewodniczącego Janika, iż SLD przełamał kryzys, wycisnęło mi łzy z ócz. Ach, jak to pięknie zabrzmiało. Jak podniośle. Prawie jak – lody ruszyły. Albo – pierwiosnki wyszły w pole. Coś z poezji i coś z sił natury. Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze, ten młodym zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, na nocleg pójdzie do Laury. Śliczne strofy, nie szkodzi, że wiersz Janika biały, a nawet czerwony. Od razu przypominają się najpiękniejsze karty przełamywania kryzysów w partii przez ostatnie dziesięciolecia. Partia, która dała nam w ostatnich latach rząd Leszka Millera, a teraz rząd partyjnych fachowców Belki, ma wprawę. Potrafi przełamywać kryzysy. Likwidować odchylenia. Oczyszczać moralnie siebie i swoje szeregi. Dokonywać przełomów. Odnawiać się. I trwać. Zawsze trzeba wiele zmienić, aby wszystko zostało po staremu.

Sygnałem odnowy i przełomu było zachęcanie uczestników Konwencji SLD przez Krzysztofa Janika do uważnej lektury analizy społecznej, dokonanej na zamówienie partii przez profesora Janusza Reykowskiego. Reykowskiemu z analizy wyszło, że upadek SLD byłby równoznaczny z katastrofą dla Polski. Profesor, członek PZPR od 1949 roku, wie na pewno, co mówi i pisze. Przecież sporządzał takie analizy już dla Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Ma wprawę. Jako członek Komitetu Wykonawczego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego w stanie wojennym i powojennym także analizował uwarunkowania społeczne i wychodziło mu, że upadek PZPR będzie katastrofą dla Polski i funkcjonariuszy partii. To piękne, że nic się od tego czasu nie zmieniło, a SLD stawia w dalszym ciągu, jak jej poprzedniczka, na młodość. Oczywiście, na młodość Reykowskiego, a nie tej grupy nieodpowiedzialnych wichrzycieli z młodzieżówki SLD, którzy zakłócali przebieg nacechowanych troską o losy ojczyzny obrad rozbijaniem betonu. Podobno na betonie kwiaty nie rosną. Młodzieńcze złudzenia. Beton to wspaniały nawóz. Pęczak udaje się najlepiej na betonie. Słońce też wschodzi koło Łodzi jasnym promykiem, a pieniądze płyną wartkim strumykiem, aby już pozostać w sferze liryki stosowanej i przystosowanej.

Poza tym, że ogłosił nową odnowę, Krzysztof Janik sformułował też odważną, ekonomiczną teorię polityki, mówiąc, iż w Polsce jest zapotrzebowanie na lewicę. Innymi słowy, jest popyt na lewicę, trzeba stworzyć podaż. Tu już się muszę z Janikiem nie zgodzić. Podaż lewicy przewyższa u nas zdecydowanie popyt. Jest nierównowaga. Lewicy mamy aż nadto i jedynym ratunkiem przed deflacją lewicowości jest ograniczenie dostaw na rynek. Czyli kongres zjednoczeniowy, którego można się spodziewać w każdej chwili.

Znów czekają nas ciekawe czasy. Nie tylko młodość, starość też musi się wyszumieć. -

Minister skarbu skwitował poprzedni zarząd TVP, mimo że rada nadzorcza była innego zdania. Z Woronicza dochodzą wieści, że rządzi tam nadal układ polityczny skonstruowany przez Roberta Kwiatkowskiego. Trwają jakieś walki podjazdowe. Wszystko to finansowane z abonamentu. Z naszych pieniędzy. I na dodatek Krajowa Rada, której Sejm też nie udzielił absolutorium, szuka metod zmuszenia wszystkich Polaków do płacenia abonamentu na te zabawy. Żeby się nikt nie mógł wymigać i żeby kontrowersje między Dworakiem i Pacławskim miały solidny fundament finansowy.

Absurdalne w świecie nowoczesnej, multikanałowej telewizji utrzymywanie systemu abonentowego przypomina mi średniowieczną dziesięcinę kościelną. Każdy musiał płacić. Ten system pozwolił wprawdzie na wybudowanie setek wspaniałych budowli sakralnych w Europie – chyba więcej niż telewizja publiczna wyprodukowała znakomitych programów misyjnych – ale wykreował też kulturę całkowitej nieodpowiedzialności i lekkomyślności finansowej ówczesnego kleru. To samo mamy teraz w telewizji utrzymywanej z abonamentu. Całkowitą ślepotę telewizyjnej elity na wymagania rynku i gwarancję wzrostu płac ponad inflację.

Powszechny podatek telewizyjny nakładany jest i ma być surowo egzekwowany również od ludzi, którzy do TVP nie mają za grosz zaufania. Typowa dziesięcina, którą płacić musieli także ateiści i innowiercy, bo nikt ich nie pytał o zdanie. A może KRRiTV pomyślałaby – jeśli to nie za trudne – po prostu o subskrypcji? Kto chce, niech płaci. Jak w kościele współczesnym na tacę.

Obojętność, z jaką niemal wszystkie narody Europy przyjęły brak odwołania do chrześcijaństwa w preambule do traktatu konstytucyjnego UE w naszych, polskich dyskusjach, używana jest jako potwierdzenie faktu całkowitego zeświecczenia liberalnych społeczeństw Zachodu i upadku religii. Zwolennicy konstytucji i jej przeciwnicy są w tym wypadku wyjątkowo zgodni.

Ale można też, jak się okazuje, ocenić stan chrześcijaństwa w Europie zupełnie inaczej. Znalazłem na ten temat bardzo interesujący głos Edwarda Normana, kanclerza katedry w Yorku i wykładowcę uniwersytetu w Cambridge, autora wydanej niedawno w Anglii książki „Sekularyzacja”. Otóż Norman twierdzi, że to nie kultura moralna uległa sekularyzacji, tylko zrozumienie przez Kościoły chrześcijańskie ich własnej misji. Chrześcijaństwo zostało wymyślone na nowo przez jego własnych adherentów i zreinterpretowane jako rodzaj dobroczynności. Śladem XIX-wiecznych wolnomyślicieli Kościoły zastąpiły istotę boską tradycyjnej wiary Chrystusem – etykiem, wrażliwym na mody współczesnego świata.

To, z czym mamy teraz do czynienia w Europie – twierdzi Norman – to nie upadek chrześcijaństwa, ale religia wymyślona na nowo, w której duchowość jest raczej odpowiednikiem takich ludzkich cech jak wrażliwość estetyczna albo doświadczenie emocjonalne, niż sięganie pierwiastka boskiego.

Coraz więcej ludzi to ignoranci w chrześcijańskiej nauce wiary, definiujący religijną postawę po swojemu, wedle własnych potrzeb i bez związku z tradycją i praktyką myśli religijnej. Kościoły zrezygnowały z przygotowywania kleru do nauki zasad wiary i wychowują duchownych do dyskusji z wiernymi, z których ma wyniknąć wspólna interpretacja chrześcijaństwa, przykrojona na miarę indywidualnych potrzeb. W skali społecznej kościoły ustawiły chrześcijaństwo na pozycji jednej z sił dążących wraz z innymi do zapewnienia materialnego dobrobytu wszystkim.

Dyskusje, jakie się toczą w świecie chrześcijańskim o przyszłości religii, są mieszanką telewizyjnych talk-show z upersonalizowaną kulturą, której podstawową zasadą jest unikanie filozoficznej precyzji myśli. W rezultacie dostajemy eklektyczną mieszaninę, którą jej producenci nazywają chrześcijaństwem.

Eklektyczna religia popularna jest z entuzjazmem wyznawana przez zdemoralizowany kler, zbyt ostrożny, aby się angażować w spory, wystraszony perspektywą naznaczenia piętnem antyliberalizmu, wygodny. Ich religia jest po prostu terapią dla jednostek, a nie odpowiedzią na boskie wyzwania.

Tyle w największym skrócie myśli Edward Norman. Skoro już dyskutujemy o nieobecności chrześcijaństwa w konstytucji, może przy okazji podjęlibyśmy wątek obecności chrześcijaństwa w życiu. Chętnie bym się z kimś na ten temat pokłócił, niekoniecznie z duchownym Kościoła anglikańskiego. -

Szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Andrzej Barcikowski nie jest jeszcze polskim Jamesem Bondem, ale ma już blisko. Już jest jak ulubiony drink agenta 007 – wstrząśnięty, ale niezmieszany. Słyszałem w radiowej Trójce jak wstrząśnięty dawał odpór oskarżeniom, że ABW wiedziała o przekrętach Naumana i spółki, ale udawała, że nie wie i nic w tej sprawie nie robiła. – To kłamstwo – zapewniał niezmieszany Barcikowski – o niczym nie mieliśmy pojęcia, niczego nie wiedzieliśmy, a to znaczy, że nie mieliśmy niczego do ukrycia.

Ja Barcikowskiemu wierzę jak bratu. Bez jego radiowych wyznań też byłem zawsze przekonany, że ABW niewiele wie, a Barcikowski jeszcze mniej. Byłem nawet skłonny przypuszczać, że ta niewiedza wynikała z wysokich pobudek etycznych i świadomej niechęci do wszelkiego rodzaju plotek, domysłów, pomówień i donosów. Wyobrażałem sobie, jak niezłomny esteta Barcikowski z obrzydzeniem i oczywiście bez czytania wyrzuca do kosza na śmieci donos na Naumana, mówiąc swoim współpracownikom: – Tak się postępuje z anonimami. Albo rzuca słuchawkę telefonu, wołając: – Ja nie mogę słuchać takich brudnych pomówień, ja mam po czymś takim kłopoty gastryczne.

Najpewniej tak właśnie było. Charaktery wzniosłe, które zgromadzone zostały w ABW, najpewniej znieść nie mogły informacji o ludzkich podłościach i unikały ich najstaranniej, aby nie stracić wiary w Człowieka. W porządku. Ujawnianie takiej prawdy na publiczne tłumaczenie absolutnie się jednak nie nadaje. Jako linia obrony jest całkowicie fałszywe. Ludzie wolą jako szefa kontrwywiadu takiego, który wiedział, nie powiedział, od takiego, który o niczym nie miał nigdy pojęcia, dopóki nie przeczytał tego w gazecie.

Obywatele by chcieli, żeby szef kontrwywiadu wiedział wszystko o wszystkim i o wszystkich. Wtedy czuliby się pewniej. Barcikowski, o czym wiadomo od czasu afery Rywina, nigdy nie chciał niczego wiedzieć i najchętniej zajmował się robieniem wycinków i ich archiwizowaniem. Nie wiem, czy to prawda, ale słyszałem, że interesował się też nastrojami w zakładach pracy i audycjami zagranicznych rozgłośni. Do głowy by mu natomiast nie przyszło, żeby podejrzewać (a co mówić o inwigilowaniu!) własnych towarzyszy. Mnie taki fafuła z archaicznym hobby bardzo odpowiada, ale reszcie Polaków zdaje się nie bardzo. Z sympatii podpowiadam Barcikowskiemu nową linię obrony. Niech pan już nie mówi, że pan nic nie wie. Niech pan udaje, że wie pan wszystko, ale powie pan dopiero jak pana spróbują usunąć ze stanowiska. Będzie pan miał posadę gwarantowaną do emerytury albo i dłużej.

Życzliwy

Jest to rzecz na tyle niepokojąca, że powinna się tym zająć co prędzej medycyna. Nie wiem tylko, która z jej licznych gałęzi. Czy wystarczy psychologia, czy raczej właściwa będzie psychiatria. Idzie o to, że stan zdrowia osób publicznych zmienia się w niepokojąco gwałtowny sposób w zależności od tego, w jakiej roli występują. Jako oskarżyciel taki delikwent jest pełen wigoru, sprawia wrażenie tryskającego zdrowiem, jest w stanie skrajnej, więc wyczerpującej ekscytacji, a mimo to trzyma się nad podziw krzepko. W każdym razie nie wykazuje żadnych objawów choroby, jeśli nie liczyć toczenia piany z ust i trudności z artykulacją myśli.

Kiedy dziarski nad podziw oskarżyciel sam znajdzie się w roli oskarżonego, natychmiast jego fizyczne zdrowie podupada. Zaczyna cierpieć na liczne, bliżej niezdefiniowane dolegliwości, zwłaszcza kiedy już w ramach pierwszej pomocy przeszedł amputację immunitetu. Kwęka, jest słaby, zgorzkniały i pełen kwasów. Odbija mu się demokracją i państwem prawa. Moczy się godnością jednostki i kładzie się do łóżka na manipulację polityczną.

W zasadzie wszystkie te, zmienne objawy są podręcznikowym przykładem psychozy maniakalno-depresyjnej. Po fazie nienaturalnego pobudzenia i agresji następuje faza wyciszenia i melancholii. Sprawa jest jednak o tyle szczególna, że dotyczy polityków z pierwszych stron gazet, którzy decydują, a w każdym razie chcą decydować o życiu nas wszystkich. Już z tego względu powinno się traktować to ciężkie cierpienie jako osobną jednostkę chorobową i chorobę społeczną. Dotknięty nią może któregoś dnia dojść bowiem do władzy – i wtedy my wszyscy staniemy się ofiarami zmiennych stanów. Jednego dnia każdy Polak dostanie karę chłosty, grzywnę i konfiskatę majątku, a drugiego dnia kolorowy balonik i lizaka.

Taka jest moja diagnoza cierpienia, na które zapadł Andrzej Lepper, który jako oskarżyciel polityków cieszył się najlepszym zdrowiem, a jako oskarżony przed sądem publicznym nagle zaniemógł. Nie jest oczywiście jedynym cierpiącym, bo choroba wydaje się być zakaźna. Jeśli się czegoś nie zrobi – szczepionki albo jeszcze lepiej izolacji i kwarantanny zakażonych – to zaczniemy się wszyscy najpierw opluwać, a potem ukrywać w szpitalach. Dojdzie do kolejnego kryzysu w służbie zdrowia, bo tego żaden budżet nie wytrzyma, żeby połowa obywateli była w sądzie, a druga połowa w szpitalu. -

Pani Annette Dittert, korespondentka niemieckiej telewizji publicznej ARD po kilku latach pobytu w Polsce i relacjonowaniu – dość oszczędnym, jak się wydaje – wydarzeń politycznych i innych w naszym kraju zakończyła misję i wraca do Kolonii. Z tej okazji wczoraj ARD pokazała ostatni jej reportaż z Polski, jak zrozumiałem podsumowanie doświadczeń i kwintesencję znajomości polskich problemów.

Problemów mamy sporo. Bo to bezrobocie i niestabilny rząd. Deficyt finansów publicznych i wzrost cen. Ograniczone możliwości wchłonięcia subwencji unijnych i roszczenia niemieckich wypędzonych. Afery i demoralizacja klasy politycznej. Udział w wojnie w Iraku i spór o europejską konstytucję. I tak dalej. Brać i wybierać. Ale pani Dittert mnie zawstydziła. Mam nadzieję, że i innych moich rodaków. Tak jesteśmy zajęci jakimiś głupstwami, drobiazgami niegodnymi uwagi, że nie dostrzegamy problemu najważniejszego. I dopiero potrzeba bystrego obcokrajowca z Niemiec, żeby nam go wskazał za pośrednictwem niemieckiej telewizji publicznej.

Ten problem numer 1 to w dzisiejszej Polsce jest antysemityzm. Pani Dittert pożegnała się z Polakami wytykając im antysemityzm. Trochę miała trudności, bo na ilustrację swojej tezy o tradycyjnym polskim antysemityzmie wybrała młodą dziewczynę, która dopiero co przyjęła religię żydowską i postanowiła z Polski wyjechać. – Czy pani ucieka przed prześladowaniami? – pyta dociekliwa Niemka. Odpytywana, widocznie ze strachu, że zanim jeszcze wyjedzie padnie ofiarą tradycyjnego polskiego pogromu mówi asekuracyjnie, że ona nigdy się nie spotkała z przejawami antysemityzmu, a wyjeżdża, bo w Polsce jest niewielu Żydów i nie ma żydowskiej społeczności. Potem pokazuje się Niemcom krakowski Kazimierz i tłumaczy, że kiedyś tętniło tu żydowskie życie. I ani słowa o tym, co się z tym życiem stało i dlaczego już nie tętni. Zresztą, po co mówić – nie tętni z powodu polskiego antysemityzmu. Niemcy mogą to najlepiej ocenić i potępić.

Osobliwym akcentem tego osobliwego, pożegnalnego reportażu jest wzmianka o XIV już Festiwalu Kultury Żydowskiej na tymże Kazimierzu. Żydów nie ma, życia nie ma, ale są festiwal i antysemityzm.

Nie ma co ukrywać – zostaliśmy, Polacy, zdemaskowani przez niemiecką telewizję jako antysemici. Jeśli nie jesteście pewni, czy jesteście antysemitami, czy nie, proponuję mały test. Przeczytajcie poniższy dowcip, autorstwa żydożercy Juliana Tuwima: Pan Maurycy Tigersznycel mówi do małżonki – Salciu, dałem temu żebrakowi fałszywe 50 groszy. – Moniek, a nie miałeś fałszywych 20 groszy.

Jeśli się uśmiechnęliście, jesteście straceni. Jesteście tradycyjnymi polskimi antysemitami.

Nie wszystko jest rzeczą moralności. Nie wszystko jest kwestią sumienia czy wstydu. Jest jeszcze problem dobrego smaku. W starej anegdocie o Franciszku Fiszerze sławny metafizyk, na pogrzebie aktora Mieczysława Frenkla, całując w czarną rękawiczkę aktorkę ubraną we wspaniałą toaletę żałobną, powiedział: „Pani niewątpliwie była dziś królową pogrzebu”.

Na pogrzebie Jacka Kuronia pierwsze rzędy loży honorowej upchane były całą dynastią. Królami pogrzebu i królami życia. Stawili się in corpore wszyscy, którzy tydzień wcześniej nie przyszli na pogrzeb pułkownika Kuklińskiego. W blasku trumny, w cieple dobroci i przyzwoitości, które odprowadzano z tą trumną do grobu, grzali się zwolennicy przyznania specjalnych rent i emerytur weteranom Służby Bezpieczeństwa, bojownikom o wolność i demokrację, niestrudzenie walczącym ze Zmarłym. Żegnali Jacka Kuronia z demonstracyjnym żalem protektorzy i członkowie Stowarzyszenia „Ordynacka”, zrzeszającego także członków bojówki, która wtargnęła kiedyś w ramach walki ideologicznej do Jego mieszkania, bijąc Jego samego i Jego sędziwego ojca. Możliwe, że w dalszych rzędach, za plecami generała Jaruzelskiego, stali także sami bojówkarze. Może na krzesłach zasiadali śledczy i klawisze. Niewykluczone, że na tym polega właśnie pojednanie narodowe, którego orędownikiem był Zmarły i Jego najbliżsi przyjaciele. Być może, że na tym właśnie polega sukces życiowej drogi Kuronia, choć bardziej wyglądało to na triumf królów Jego pogrzebu. Ładnie jest oddać hołd cnocie, ale wątpliwa jest wartość takiego hołdu, gdy cnota już zatriumfowała.

Leopold Tyrmand napisał we wstępie do „Dziennika 1954″: „Łobuzów i głupców nie trzyma za nogi sumienie ani myśl. Lecz teraz wiem, że nie to najsmutniejsze, iż udręka jest nagminnym udziałem tych, co nie chcą być nikczemni i starają się nie być głupi. Ponure i bolesne jest to, że po latach łajdacy i durnie dochodzą do przyzwoitości i rozsądku, nie walcząc o nic i nie poświęcając niczego – jedynie wymykając się konfrontacjom ze złem aż do czasu, gdy słuszność i uczciwość zwycieżą same, przy pomocy historii lub tylko mody”.

Wszystko można wytłumaczyć racjonalnie, nad każdym pochylić się rzewnie i ckliwie, z franciszkańską dobrocią. Ale pozostaje jeszcze kwestia dobrego smaku. -


  • RSS