rybinski blog

Twój nowy blog

Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Wojciecha Czuchnowskiego „IPN oczernia Jacka Kuronia” i do tego komentarz Seweryna Blumsztajna „Gontarczyk czy Gontarz”.

Rzecz idzie o tekst historyka z IPN, Piotra Gontarczyka na temat Marca 1968, napisany na podstawie raportu SB z relacji Lesława Maleszki, czyli „Ketmana” o rozmowie z Jackiem Kuroniem w roku 1977. Gontarczyk wyciągnął z tego dokumentu wnioski, że Marzec był zorganizowany przez komunistycznych komandosów z Kuroniem na czele w ramach walki partyjnych rewizjonistów z frakcją nacjonalistyczną moczarowców.

Zabieram głos na ten temat jako zwykły, szeregowy uczestnik tamtych wydarzeń, żeby powiedzieć, iż jak tysiące innych kolegów nie brałem udziału w żadnej walce frakcyjnej w PZPR. Brałem udział w demonstrowaniu niezgody na ówczesną rzeczywistość polską, szczególnie w sferze kultury. W naszych oczach zagrożeniem dla Polski i jej narodowych interesów byli jednakowo „partyzanci” Moczara, jak i biurokraci Gomułki. Dla żadnej z tych frakcjinie wyszlibyśmy na ulicę. Nie mogę też uznać, że byliśmy tylko ślepym, bezwolnym narzędziem w rękach demonicznego Kuronia. Znając ówczesne realia nie wierzę też, aby był on głównym rozgrywającym w konflikcie wewnątrzpartyjnym. To nonsens.

To są wszystko ahistoryczne spekulacje. Niedawno wspominaliśmy z koleżanką z tych czasów, Agnieszką Arnold, jakąś awanturniczą historię z ucieczką przez okno przed hordami SB. Zważywszy fakt, że Agnieszka jest autorką filmu o Jedwabnem, jakież wspaniałe pole do spekulacyjnych popisów dla młodych historyków. A co można wycisnąć z faktu, że jednym z najaktywniejszych uczestników Marca na UW był Janusz Korwin-Mikke, dziś monument liberalizmu.

Równocześnie użycie przez „GW” tekstu Gontarczyka do zdezawuowania archiwów IPN i poddania w wątpliwość sensu ich badania jest nadużyciem. Nie można też odbierać badaczom prawa do interpretacji. Z absurdalnymi trzeba się kłócić. Skoro mamy swobodę poglądów na teraźniejszość, musimy mieć też wolność oceniania przeszłości. To niesie ze sobą ryzyko błędu.

I wreszcie, źródłem tego wszystkiego jest Lesław Maleszka, pracownik redakcji „GW”. Można by go zapytać, co wtedy mówił Kuroń, a co on sam mówił agentowi SB. Bardzo liczę na Maleszkę. Może nie jest aż tak niewiarygodny, jak cała reszta SB.

Nie każdy żołnierz pamięta o tym, że najpierw obowiązek, a przyjemność potem. Kto to napisał, kotku? O kotku napisał Kisiel. A to pierwsze? To jest zew obowiązku, a nie nowa zagadka, bo zniechęciłem się do zagadek. Na ostatnią przyszła fura odpowiedzi i ani jednej dobrej. Ale nie to mnie zniechęciło, tylko fakt, że absolutnie wszyscy, wierząc, że odpowiedzieli prawidłowo, zastrzegli, iż rezygnują z nagrody. Że sobie nie życzą ani Kołodki, ani Michnika. No to więcej zagadek nie będzie, bo innych nagród nie mam. Polski nie stać zresztą na inne nagrody.

Co do rozwiązania – o dobrodziejstwach kapitalizmu napisał amerykański teolog katolicki, ksiądz Michael Novak, w książce „Etyka katolicka i duch kapitalizmu”. Natomiast o dostojewszczyźnie w myśleniu o państwie i o podejrzeniach jako dowodzie na bezwinę napisał jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego, Michał Sokolnicki, niedługo po rewolucji 1905 na łamach „Przedświtu”. Z czego widać, że świat się zmienia, ale dyskusje pozostają ciągle te same.

Wracając do czasów po rewolucji 1989 roku, z dużymrozbawieniem obserwowałem reakcje wielu osób publicznych na wizytę prezydenta RP w Waszyngtonie. Oczekiwano powszechnie, że wyprawa skończy się kompromitacją. Że Lech Kaczyński, jako prowincjusz, nie będzie się umiał zachować na salonach, że siebie i nas skompromituje i że zostanie w końcu wyrzucony z Białego Domu na ulicę za zanieczyszczenie słomianki. Rozczarowanie było więc duże, zwłaszcza jak na Polaków. Na szczęście Kaczyński nie załatwił, a Bush nie wydał od ręki dekretu o zniesieniu wiz z mocą wsteczną od 1945 roku, żeby zalegalizować wszystkich imigrantów polskich jednocześnie. A przecież mógł to zrobić, gdyby Kaczyński zrewanżował się dekretem zezwalającym Amerykanom na prowadzenie w Polsce samochodów bez prawa jazdy i podróżowanie koleją bez biletu.

Drugie pocieszenie: zawsze można westchnąć z ubolewaniem, że prezydent nie zna języków. A nam potrzebny jest koniecznie poliglota. To trzeba było zrobić prezydentem Iwińskiego, który podobno zna wszystkie języki, albo Zygmunta Broniarka, o którym jeszcze założyciel Czytelnika i brat Różańskiego, Borejsza, powiedział – zna 12 języków, ale w żadnym nie ma nic do powiedzenia. W każdym razie informacje, że wobec trudności porozumienia się z Kaczyńskim Bush zaczyna uczyć się polskiego, są przesadzone. Bush czeka, aż po polsku nauczą się mówić Polacy.

Wszystko w Polsce zrobiło się ostatnio jakieś takie dwuznaczne. W aferze z karykaturami nie wiadomo, czy chodzi o uczucia muzułmanów, czy o kontrolę nad „Rzeczpospolitą”. W sprawie Madonny na okładce „Machiny” nie wiadomo, czy idzie o cześć Matki Boskiej, o cześć piosenkarki czy po prostu o reklamy. W polityce główną rolę odgrywa niby lodówka z telewizorem, a tak naprawdę, do kogo ten telewizor będzie podłączony. W jednej z rozgłośni słychać nawoływania do rozprawy z naszymi własnymi talibami. A tu marszałek Jurek spotyka się z polskimi mahometanami, i to on chyba w postępowej interpretacji zwolenników tolerancji religijnej jest talibem.

„Gazeta Wyborcza” opublikowała ankietę, w której pyta czytelników, kogo ona, „Gazeta”, obecnie zwalcza, a kogo popiera. Sama już nie wie. Istotnie, łatwo się pogubić. Moim zdaniem popiera Leppera, bo pisze o nim codziennie.

Rozlegają się gromkie okrzyki o zawłaszczaniu państwa i obsadzaniu stanowisk swoimi ludźmi. Można odnieść wrażenie, że PO, nie wchodząc do koalicji spodziewała się licznych nominacji dla swoich.

SLD miał chyba nadzieję, że wszyscy jego nominaci pozostaną na stołkach. A tu taka żarłoczność na władzę. Ale znów z drugiej strony – te dwuznaczności – pośpiech w zmianach kadrowych powoduje awanse dla ludzi o wątpliwych kwalifikacjach. Także moralnych. Nicht Gut – jak mówią Niemcy. Ale z kolei, co to za pośpiech, jak się AD 2006 dymisjonuje z policji byłych esbeków. Czy to dobrze, czy to czystka? Straszny zamęt.

Podobno Giertych chce PAP od góry do dołu. Żeby Polacy otrzymywali same słuszne informacje. Z tego samego powodu „Nasz Dziennik” zaleca rządowi odzyskanie „Rzeczpospolitej”, aby się od niego już nie różniła. Henry Ford I, w sędziwym wieku bardzo przeżywał wszystkie niepomyślne wieści i złe opinie, więc wydawano dla niego specjalną gazetę w jednym egzemplarzu. W PRL wszystkie media były tak redagowane, żeby nie denerwować wujów. Możemy spróbować jeszcze raz, zwłaszcza że skutki są łatwe do przewidzenia. Mimo świetnej prasy, Henry Ford zmarł. PRL też dogorywa, mimo że starają się ją podtrzymać różni wujowie. Bliscy, a nawet bardzo dalsi.

Trzydzieści lat temu Sejm wprowadził do Konstytucji PRL dwa nowe zapisy – o kierowniczej roli PZPR w państwie i o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Obie te nowelizacje były jak najbardziej na miejscu w ustawie zasadniczej, wzorowanej na stalinowskiej konstytucji sowieckiej.

W dodatku stanowiły tylko potwierdzenie realnego stanu rzeczy. PZPR sprawowała kierowniczą rolę i bez zapisu konstytucyjnego, a więź ze Związkiem Radzieckim na czele była podstawowym elementem, wyznaczającym kierunki polityki PRL, nie tylko zagranicznej, ale i wewnętrznej.

Wydawałoby się, zwłaszcza zwolennikom Realpolitik, głupstwo propagandowe bez większego, praktycznego znaczenia. A jednak to właśnie te zmiany oznaczały początek konwulsji, które doprowadziły w końcu do zgonu PRL. Ku uldze większości Polaków. Okazało się, jaką siłę mają symbole. Poddaństwo bez ustawowej dekretacji jest widać lżejsze do zniesienia. W „Liście100″ zaprotestowali intelektualiści, wśród nich osoby dotąd dość harmonijnie współżyjące z władzą. Pół roku później był Radom i Ursus. Powstał KOR i inne organizacje opozycyjne. Zawiązała się nić sojuszu robotniczo-inteligenckiego sprzecznego z konstytucją, przewidującą tylko sojusz robotniczo-chłopski. Już tylko cztery lata dzieliły nas od „Solidarności”, której rejestrację opóźniała niezgoda przywódców związku na deklarację o akceptacji konstytucji. A szło właśnie o te dwa zapisy.

W Sejmie tylko jeden poseł wstrzymał się od głosu – Stanisław Stomma z katolickiego Koła Znak. Ludziom młodym może się to wydać dziwne, ale był to gest wymagający wielkiej odwagi cywilnej. Inaczej niż dziś, kiedy największej odwagi wymaga bycie za. W kwietniowych wyborach 1976 roku Stommy już nie wpisano na listy FJN. Przestał być posłem.

Skład Znaku odnowiono ludźmi głosującymi zawsze poprawnie. Ale warto pamiętać gest Stommy i tych wszystkich, którzy się sprzeciwili. Zmarłych, jak Antoni Słonimski i Stefan Kisielewski. A także żywych, jak Adam Michnik, nawet jeśli dziś nie ze wszystkimi się zgadzamy. Warto też pamiętać, kto zastąpił Stommę – Ryszard Bender, pogromca liberałów.

Zamiast cenzurki dla rządu Marcinkiewicza postanowiłem z tej wyjątkowej okazji, jaką jest przetrwanie rządu przez 100 dni, czyli tyle, ile dał radę Napoleon, zadać czytelnikom dwie zagadki. Pierwsza adresowana jest do zwolenników paktu stabilizacyjnego.

„Większa część lewicy używa (niemądrze) pojęcia sprawiedliwości społecznej z zamiarem zastosowania władzy państwowej dla alokacji dóbr i pozycji na rzecz wybranych grup społeczeństwa. Tymczasem historia powinna była ich nauczyć, że nie istnieje żadna bardziej bezpośrednia droga do zaostrzenia antagonizmów grupowych.

Prawdziwa sprawiedliwość społeczna stawia na wynikające z doświadczenia ogólne reguły i sposoby, które po pierwsze obowiązują wszystkich, bez względu na osobę, a po drugie powodują wzrost gospodarczy, z błogosławieństw którego nikt nie jest wykluczony”.Trzeba zgadnąć, kto to napisał, kiedy i za czyją zgodą. Dla ułatwienia dodam, że autorem nie jest Friedrich August von Hayek. Druga zagadka adresowana jest do opozycji antyrządowej.

„Nim jeszcze zaczęła się walka, zanim jeszcze cieniem realności stała się Polska, już się wzbudziły wątpliwości myślowe i etyczne: czy Polska ta aby nie będzie zbyt silna, czy przypadkiem nie spróbuje też sądzić i karać, pilnować i wymagać, nakładać obowiązki i trzymać ludzi w ryzach społecznego rygoru (…) Nie mogłem się pogodzić z poświęceniem szeregu dlatego, aby nie została przypadkiem poświęcona jednostka. Nie byłem w stanie uznać tej trącącej dostojewszczyzną zasady moralnej, że jeśli ktoś został oskarżony, to pewnie jest niewinny, jeżeli był o coś podejrzany, to właśnie dlatego jest prawdopodobnie czysty jak łza”.

Dla ułatwienia zastrzegam, że nie jest to fragment z dyskusji o lustracji ani nawet polemika z komentarzami o działalności Dorna i Ziobry. Odpowiedzi można przesyłać na mój adres e-mailowy. Kto pierwszy rozwiąże obie zagadki, dostanie w nagrodę książkę. Do wyboru. Albo Grzegorza Kołodki „Strategia dla Polski”, albo Adama Michnika „Wściekłość i wstyd”. m.rybinski@rp.pl

Ostrzegano nas niedawno, że IV Rzeczpospolita będzie państwem wyznaniowym. No i sprawdziło się. Nikt tylko nie uprzedzał, że będzie to państwo islamskie. Ajatollahowie i imamowie rodzimi bardzo się oburzyli na „Rzeczpospolitą” w imieniu islamu. Z pomniejszych mułłów najgroźniej zaryczał szef rady nadzorczej Presspubliki Liberadzki. Dotychczas za przedruk duńskich karykatur zdymisjonowano naczelnego „France Soir”. Ale właścicielem tej gazety jest Egipcjanin, a nie rząd katolickiej Polski, współwłaściciel „Rzepy”.

Mojej gazecie dostało się za to, że opisując konflikt wywołany przez publikację w prasie europejskiej duńskich karykatur Mahometa, pokazała dwie z nich, żeby Polacy mieli choć blade pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi. Arabista Janusz Danecki uznał to za bluźnierstwo i rasistowski wybryk, a przewodnicząca Rady Etyki Mediów Magdalena Bajer, na razie bez czadoru, za niesłuszne i groźne ze względu na wrażliwość wyznawców islamu. Pamiętam rozmaite wybryki antychrześcijańskie w tym kraju, w którym katolicyzm jest religią ogromnej większości narodu. Penisy na krzyżu, Chrystusów w kroczu Matki Boskiej, papieża przywalonego meteorytem albo określanego mianem zdziecinniałego starca.Nikt wtedy nie przepraszał Polaków, pewnie dlatego, że moherowcy z Torunia nie wysadzają się jednak na razie w tłumie i nie próbują podpalić Pałacu Kultury.

Miałem przynajmniej nadzieję, że ci politycy, którzy kiedyś pisali listy do artystki Nieznalskiej, iż bronić będą jej praw do swobody artystycznej wypowiedzi, napiszą też do Grzegorza Gaudena z deklaracją obrony prawa do informacji. Gdzie tam. Gdyby chodziło o obrazę uczucia chrześcijan i symboli chrześcijańskich, wszyscy stanęliby murem za Gaudenem w imię kultury, cywilizacji i obyczaju europejskiego. Przeciwko ciemnogrodowi i opium dla ludu.

Jesteśmy gotowi bronić naszych własnych wartości, ale tylko przed nami samymi. Przed obcymi i ich sposobem myślenia, sprzecznym z naszymi tradycjami, kapitulujemy trwożliwie. No to nie powołujmy się na wzniosłe zasady, tylko powiedzmy jasno i uczciwie: wolność słowa tak, ale nie wtedy, gdy zagraża to dostawom ropy. Prawo do satyry i szyderstwa jak najbardziej, ale nie wówczas, gdy jakiś szaleniec i fanatyk może rzucić bombę. W takiej sytuacji liberalna Europa musi się schronić w islamski fundamentalizm. W zakłamaniu i obłudzie doszliśmy do tego, że winy za zamachy terrorystyczne nie ponoszą ich sprawcy, tylko autorzy karykatur i ci, którzy je publikują. Nie wpisano chrześcijaństwa do europejskiej preambuły. I bardzo dobrze. W nowej wersji można od razu wpisać islam. „Allah akbar. Mahomet rosullah.” – Bóg jest wielki, a Mahomet jest jego prorokiem.

Adolf Nowaczyński, wspominając początki swojej kariery dziennikarskiej w monarchii austro-węgierskiej, opisywał, jak posłano go do jakiegoś miasta garnizonowego w Galicji, które miał zaszczycić odwiedzinami cesarz Franciszek Józef.

Miejscowi notable i grupa sprawozdawców kłębili się na peronie, a między nimi srożył się generał, dowódca garnizonu, który ryczał na wszystkich, rozstawiał i przestawiał, klął i wymyślał. Na drugi dzień, we wszystkich gazetach monarchii wydrukowano szczegółowy opis przyjazdu Najjaśniejszego Pana. Wymieniono wszystkich obecnych notabli, do ostatniego gryzipiórka magistratu. Nie wymieniono tylko srogiego generała. Takie to były bojkoty medialne w czasach monarchizmu.

Przypomniała mi się ta galicyjska anegdota o solidarności dziennikarskiej i milczeniu, które mogło spowodować niełaskę u dworu, w związku z zamieszaniem przy okazji podpisywania paktu stabilizacyjnego. Wszystko razem wydało mi się takie jakieś galicyjskie i austro-węgierskie. Najpierw jacyś tajni radcy dworu dokonali podziału dziennikarzy i porozstawiali ich po peronie wedle własnego uznania. A potem dziennikarze odstawieni na boczny tor wzięli odwet i ogłosili bojkot. Było przy okazji bardzo wiele austriackiego gadania, po obu stronach, aż głowa bolała.

Bojkot o tyle okazał się bezskuteczny, że tak jak w sławnej monarchii austriackiej, tak i w demokracji, zwłaszcza centralistycznej i hierarchicznej, w III, a nawet w IV Rzeczypospolitej można zbojkotować generała czy innego szambelana dworu, ale nie sposób bojkotować Najjaśniejszego Pana. Ale wszyscy się zabawili – jedni pokazali zyg-zyg marchewka, a drudzy wzięli swoje zabawki i udali, że idą na drugie podwórko. Dzieci miały radość, szkoda tylko, że dorośli obywatele RP jakoś się zawstydzili za swoje polityczno-medialne pociechy. Widocznie traktują Polskę poważnie. Już pora także zdziecinnieć. Jakby napisał Nowaczyński, specjalista od kalamburów – warto zarydzykować. Może się opłaci.

Pakt stabilizacyjny PiS z Samoobroną i LPR przypomniał mi stary szmonces o tym, dlaczego Mojżesz szedł z Żydami przez pustynię – bo wstydził się z tą hałastrą iść przez miasto. Jarosław Kaczyński jest jak Mojżesz. Wstydzi się tworzyć rząd z Lepperem, Giertychem i ich ludem. Poza tym pewnie wie, jakby się to skończyło. Szkód nie dałoby się naprawić przez najbliższych 40 lat. Przecież nawet powierzenie aktywistom obu tych partii resortów na ogół lekceważonych, co zresztą też jest osobliwością, takich jak kultura, nauka, oświata czy sport musiałoby doprowadzić do ich ostatecznego upadku. Na myśl, że Giertych mógłby zostać ministrem skarbu, a Lepper spraw zagranicznych, skóra cierpnie i przychodzą myśli samobójcze.

PiS wybrało więc marsz przez pustynię, ale z tego, co słychać, nie będzie to droga obojętna dla środowiska naturalnego obywateli. Szykuje się biegunka legislacyjna i pustynia upstrzy się jej skutkami. Obie partie pakciane, pozbawione dostępu do realnej władzy, będą się chciały wykazać przed elektoratem aktywnością i podobno już przygotowują kupę. Kupę projektów ustawowych. Czeka nas wesoła stabilizacja. Pakt może przecież wyglądać tak, że popierające rząd Marcinkiewicza ugrupowania będą go wprawdzie popierać w mediach, ale w Sejmie będą zgłaszać własne projekty ustaw, sprzeczne z interesem rządu, interesem publicznym, a nawet zdrowym rozsądkiem. Doświadczenie z becikowym uczy, że PO może takie projekty poprzeć i wtedy będziemy mieli dwa pakty – stabilizacyjny PiS z Giertychem i Lepperem i destabilizacyjny PO z LPR i Samoobroną.

Od chwili zgłoszenia przez Polskę zamiaru przystąpienia do UE nasz system prawny jest w ciągłym ruchu. Nikt już nie nadąża za zmianami przepisów. Dostosowujemy prawo do prawa unijnego, dostosowujemy go do programu PiS, a teraz będziemy go jeszcze dostosowywać do politycznej efemerydy zwanej paktem stabilizacyjnym. Trochę za dużo tego dobrego.

Ludzie doświadczeni, a ja także jestem doświadczony politycznie, i to ciężko, już w niedzielę zastanawiali się, kiedy chorzowska tragedia stanie się orężem walki politycznej. Od razu, czy dopiero za chwilę. Długo nie trzeba było czekać.

Już w poniedziałek o świcie w Radiu TOK FM pani redaktor Janina Paradowska wyraziła przypuszczenie, że prezydent, premier i ministrowie rządu udali się na miejsce katastrofy w celach propagandowych. Z niskich pobudek. Dla poklasku. Przesłuchiwany przez nią prof. Religa został przyciśnięty do muru pytaniem, po co właściwie do Chorzowa pojechał.

Próbowałem sobie wyobrazić, co mówiłaby red. Paradowska, gdyby rząd zamiast na Śląsk pojechał w Dolomity. Pewnie mowa byłaby o obojętności, o lekceważeniu ludzkiego nieszczęścia, a gdyby rozmówcą był senator Niesiołowski, to i o łajdactwie. Ten rząd nie miał dobrego wyjścia – cokolwiek by uczynił, nigdy nie sprosta wymaganiom moralnymobiektywnych i bezpartyjnych mediów.

Dalszy ciąg nastąpił we wtorek. Gazeta „Nowy Dzień” na połowie pierwszej strony wydrukowała pytanie: „Ministrze Dorn, czemu wcześniej nic Pan nie zrobił?”. „Dzień” jest może i nowy, ale metoda stara jak świat. Gazeta krzyczy, że były już, ale ówcześnie urzędujący wojewoda łódzki Stefan Krajewski alarmował na początku stycznia rząd, że zalegający na dachach śnieg jest poważnym zagrożeniem i należy go natychmiast usunąć. „Niestety, Ludwik Dorn zlekceważył moje ostrzeżenia – oskarża prof. Stefan Krajewski”.

To straszne oskarżenie. Wprawdzie naiwnym mogłoby się wydawać, że urzędujący wojewoda zamiast ostrzegać, powinien na swoim terenie zadbać o usuwanie śniegu. Od tego jest. Ale gazeta woli przekonywać, że schwytała Dorna na gorącym uczynku. Nie złapał za łopatę i nie pojechał odśnieżać dachów w Łódzkiem, Śląskiem i wszędzie indziej. Rząd mógłby się w ogóle bardziej przyłożyć. Za Millera takich śniegów nie było.

Proponuję, żeby jednak ofiar katastrofy nie używać w podły sposób do rozgrywek politycznych. To uwłacza ich pamięci. Wiem, niestety, że ten apel będzie bezskuteczny. Festiwal dopiero się zaczął.

Jeśli się ktoś wychował na podwórku, dobrze wie, że kluczowe znaczenie ma to, kto pierwszy uderzy – wyznał Agnieszce Kublik i Monice Olejnik szef Platformy Donald Tusk w wywiadzie opublikowanym w sobotniej „Gazecie Wyborczej”. Podwórkiem Tuska jest teraz Polska, a my – obywatele – nie mamy możliwości zabrania swoich zabawek i pójścia na sąsiednie podwórko.

Musimy przyglądać się bójce i niewykluczone, że wszyscy dostaniemy po mordzie. Chyba że ktoś wyrośnie wreszcie z krótkich portek.

Ale nadzieja jest mała. Donald Tusk ogłosił w tym zdumiewającym wywiadzie, że ponieważ nie ma możliwości usunięcia prezydenta Kaczyńskiego z urzędu, nie wyklucza wypowiedzenia obywatelskiego posłuszeństwa.

Ależ najnowsze dzieje Polski pokazują, że są co najmniej dwa sposoby usunięcia prezydenta – albo na wzór Narutowicza, albo Wojciechowskiego. Trzeba być tylko albo Niewiadomskim, albo Piłsudskim, komu do kogo bliżej.

Jeśli PO ma w planach zorganizowanie nieposłuszeństwa obywatelskiego, to radzę wydrukowanie w stosownym nakładzie broszury Edwarda Abramowskiego z roku 1905 „Zmowa powszechna przeciwko rządowi”, żeby każdy wiedział, co ma robić.

Nie płacić podatków, nie dawać rekruta, nie przyjmować rządowych posad, nie posyłać dzieci do szkół państwowych, nie kupować papierów wartościowych, nie odwoływać się do sądów, nie pomagać policji itd. Chodziło wtedy o rząd carski, ale obecny jest zdaje się dla Tuska równie bezprawny i narzucony.

Gdyby „Zmowa” miała stać się programem PO, to można by zmienić nazwę partii na PAS-Platforma Anarcho-Syndykalistyczna. Byłoby ładnie, bo mielibyśmy dwie konkurencyjne siły polityczne – PAS i PiS. Oczywiście do czasu delegalizacji PiS. Dalej byłby już tylko PAS.

Ale nie wiadomo dokładnie, na czym ma polegać nieposłuszeństwo, bo Tusk na prośbę o wyjaśnienie zalecił postawienie trzech kropek. Jeśli chodzi w tych kropkach o partyzantkę, to na mnie proszę nie liczyć – mieszkam za daleko od mostów i linii kolejowych. Oczywiście przeciwko złemu rządowi jest w tradycji polskiej jeszcze jedna metoda – oddanie się pod protekcję ościennego, życzliwego mocarstwa.

Mężowie stanu z podwórka, niszczycie nie Trzecią, ani Czwartą, tylko po prostu Rzeczpospolitą. Naszą. Jedyną, jaką mamy.


  • RSS